Zaczeło sie od marzenia o perlistym winie, pełnym finezji i elegancji. Winie z własnej winnicy. Piwnicach pełnych beczek i butelek z zawartością, której nie powstydziłyby się najlepsze winiarnie świata.

O tym marzył kniaź Golicyn ślęcząc nad kasiążkami przed egzaminem z prawa rzymskiego na Sorbonie. Po powrocie do Rosji i przejęciu majątku ojca przekształcił jego część w ogród winoroślowy i zlecił kopanie kortarzy we wzgórzu nad jeziorem Abrau. Wyglądało to na absolutną utopię, ale kniaź sprowadził kilku specjalistów z Szampanii i już niedługo nawet carski dwór miał okazję spróbować jak smakuje “szampanskoje” wyprodukowane w Rosji. A smakowało świetnie. Rzecz miała miejsce dawno temu, w latach sześćdziesiątych XIX wieku, ale z jakichś powodów , może właśnie przez to marzycielstwo, postać Lwa Sergiejewicza Golicyna wydaje mi się bliska.

Golicyn był świetnym winiarzem, bardzo pracowitym człowiekiem. Miał wyjątkowy zmysł organizacyjny i absolutnie żadnego talentu ekonomicznego. Tak więc po kilku latach, winiarnia w Abrau – Djurso produkowała fantastyczne wina , a cały majątek kniazia grzązł w długach. Żeby jakoś wybrnąć z sytuacji, Golicyn zaprosił do siebie cara Aleksandra II wraz z dworem. Udało mu się oczarować władcę zarówno pięknem okolicy jak i wspaniałymi winami własnej produkcji. Na koniec wizyty, Golicyn poprosił cara, by ten przyjął w podarunku jego majątek. Car odżegnywał się od tej propozycji, ale w końcu przyjął ją 25 listopada 1870 roku. Golicyn zarządzał nadal majątkiem przez lata. W 1890r z ukazu ministerstwa Jego Carskiej Mości, ustanowiono pierwszy carski zakład produkcji “szampanskowo”. Kniaź Golicyn zaś został mianowany jej głównym zarządzającym i “winodielem”. Wyniki jego pracy były tak wyjątkowo dobre, że z czasem nadzorował i pozostałe carskie winiarnie, w tym słynną (dzięki niemu) Massandrę, a jego wina zaczęły zdobywać główne nagrody w międzynarodowych konkursach.

Słuchałam opowieści o początkach winiarni w Abrau -Djurso, snutej przez obecnego “ głownego szampanistę”, pana Niepranowa, wpatrując się w przepiękne, jesienne kolory lasu na wzgórzach otaczających jezioro Abrau.

W latach '90 XIX wieku, wykopano tu we wnętrzu góry około czterech kilometrów dwupoziomowych tuneli, wystarczjąco dużo, by na raz przechowywać w ich wnętrzu dziesięć milionów butelek. Istnieją one do dziś, ale już tylko jednopoziomowe. W czasie drugiej wojny światowej w winiarni stacjonowało wojsko. Rumuńskie, potem niemieckie. Czego żołnierze nie wypili w ciągu dwóch lat, postanowili zniszczyć. Część butelek wylądowała na dnie jeziora, ale ponieważ sposób ten był zbyt pracochłonny, skończyło się na założeniu ładunków wybuchowych i podpaleniu lontu. Po wojnie zorganizowano tam obóz jeniecki, a samych jeńców zatrudniono do odkopywania zasypanych gruzem i szkłem tuneli. Równocześnie w roli przymusowego ochotnika znalazł się tam jeden z uczniów Golicyna, Anton Michaiłowicz Frołow- Bagrjejew, człowiek, który odpowiadał za produkcję przed wojną, z zadaniem wznowienia działalności zakładu. Zarówno winnice jak i winarnia były w opłakanym stanie, trudno więc było zrobić choćby przyzwoite wino na początku. Nieliczne wykopane stare butelki były tak cenne, że żeby je odzyskać, dyrekcja winiarni zaproponowała, że będzie jeńcom wymieniać każdą nieuszkodzoną, dziesięć nowych.

Dziś zakład wciąż opiera swoją produkcję na metodach tradycyjnych i choć sprzęt jakiego używają jest stary i zużyty, to była to jedyna bodajże winiarnia jaką widziałam w Rosji, gdzie wszyscy zdają się mieć obsesję na punkcie jakości wina. W jednopoziomowych dziś tunelach, fermentują miliony butelek musującego wina. Szyjki butelek z gotowym winem zamrażane są w roztworze solanki o temperaturze -17 stopni Celsjusza. Usuwanie zamrożonego osadu wciąż przeprowadzane jest ręcznie. Straty wynoszą od 10 do 30% w zależności od zręczności pracownika i ciśnienia w butelce.

Część wina odkładane jest do zakładowej kolekcji roczników. Można też na miejscu kupić wino, a potem zostawić je do dojrzewania w tunelu, po czym zjawić się po nie kilka lat później.

Abrau – Djurso produkuje rocznikowe kupaże kilku odmian ( chardonnay, pinot noir, pinot meunier, aligote, riesling) w wersji brut ( całkowicie wytrawnej), pólwytrawnej, półsłodkiej i słodkiej. Rzadziej trafiają się wina jednoodmianowe. Ciekawostką jest zachowana tu tradycja, która zupełnie już zginęła w pozostałej części Europy, mianowicie czerwone musujące wino Cabernet Sauvignon. Niestety zawiera ono aż 30 gramów cukru na litr z powodu upodobań miejscowych klientów. Nie jestem obiektywna. Wolę wytrawne wina. Wszystkie roczniki “brut”, jakie próbowałam odznaczały się wspaniałą harmonią i finezją. Choć nie jestem zwolenniczką starych Champagne i win musujących starszych niż pięcioletnie zwykle unikam, to wyciągnięty na koniec degustacji “brut 1973” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie było w nim ani śladu, tego typowego dla starych musujących, zapachu rozpuszczalnej kawy. Było natomiast mnóstwo świeżych kwiatów, były owoce i skórka świeżo upieczonego chleba. Świetna równowaga i świeżość mimo upływu lat. Jak to możliwe? Nie wiem. Sekret tkwi gdzieś głęboko w carskich tunelach.

(kurdesz 2006)